Niezależny portal śledczy
Rzeczpospolita Przestępcza

HAU, HAU, ZDRAJCY, POMYLONE PRZYCISKI I WYŁĄCZONY MIKROFON. WRZESIEŃ 2026 W POLSKIEJ POLITYCE

Autor: Rafał Krzyształowski · 4 października, 2026 · Aktualizacja: 4 października, 2026

Gdyby ktoś chciał napisać satyrę o polskiej polityce, miałby problem. Rzeczywistość zaczęła wyprzedzać autorów kabaretowych. We wrześniu 2026 roku w Sejmie szczekano, marszałek pomylił się przy wyborze sędziego Trybunału Konstytucyjnego, inna posłanka zagłosowała na nie tego kandydata, na którego chciała, na mównicę wchodzono bez udzielonego głosu, premier publicznie mówił o „zdrajcach albo idiotach”, a poważna ustawa dotycząca rynku kryptoaktywów stała się kolejnym polem sporu pomiędzy ośrodkami władzy. To już nie jest nawet pytanie, która partia zachowała się gorzej. Problem jest znacznie poważniejszy: polityczny spektakl coraz częściej przesłania to, po co te instytucje w ogóle istnieją.
Pierwszy mocny akord tego miesiąca zabrzmiał 4 września. Podczas debaty nad wyborem sędziego Trybunału Konstytucyjnego przemawiał wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz. W oficjalnym stenogramie Sejmu zapisano dwukrotnie: „Głos z sali: Hau, hau!”. Nie jest to zapis happeningu studenckiego ani przedstawienia dla dzieci. To stenogram Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej.
Można nie zgadzać się z Kosiniakiem-Kamyszem. Można uważać jego wystąpienie za polityczną propagandę. Można mu odpowiedzieć argumentem, dokumentem, liczbą albo bardzo ostrym wystąpieniem. Ale parlament posiada mównicę właśnie po to, aby ludzie wybrani przez obywateli mówili. Nie szczekali.
Tego samego 4 września Sejm wybierał Macieja Berka na sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Berek uzyskał 226 głosów, a jego kontrkandydat Artur Kotowski – 184. W głosowaniu uczestniczyło 437 posłów. Po głosowaniu Włodzimierz Czarzasty złożył oficjalne oświadczenie, że podczas wyboru się pomylił. Jak napisał, jego intencją było zagłosowanie za Maciejem Berkiem, ale nie zaznaczył żadnego z kandydatów. Poprosił o umieszczenie stosownej adnotacji w stenogramie.
Czyli Sejm wybiera człowieka do jednego z najważniejszych organów konstytucyjnych państwa, a jeden z najważniejszych polityków większości parlamentarnej musi później formalnie wyjaśniać, że jego głos nie odzwierciedlił jego zamiaru.
Jeszcze tego samego dnia Sejm rozpatrywał prezydenckie weto do ustawy o rynku kryptoaktywów. Za ponownym uchwaleniem ustawy głosowało 241 posłów, przeciw 198, trzech wstrzymało się od głosu. Wymaganej większości nie uzyskano i ustawa nie została ponownie uchwalona. Można prowadzić poważny spór o zakres nadzoru nad rynkiem, bezpieczeństwo inwestorów, obciążenia regulacyjne czy sposób wdrażania unijnego rozporządzenia MiCA. Z perspektywy obywatela coraz częściej jednak na pierwszy plan wychodzi nie merytoryczna debata, lecz kolejny konflikt między parlamentem a Pałacem Prezydenckim. Sejm uchwala. Prezydent wetuje. Większość próbuje weto przełamać. Głosów brakuje. I cały spór zaczyna żyć przede wszystkim jako następny front politycznej wojny.
Trzy dni później, 7 września, język politycznej konfrontacji wszedł na kolejny poziom. Premier Donald Tusk, odnosząc się do reakcji części polskiej prawicy na sukces AfD w wyborach w Saksonii-Anhalcie, stwierdził, że w Polsce z jej zwycięstwa mogą cieszyć się wyłącznie „albo zdrajcy, albo idioci”. Pytany, czy przesadził, odpowiedział: „Ani trochę”.
To już nie jest język sporu o podatki, energetykę czy politykę zagraniczną. Premier demokratycznego państwa może bardzo ostro krytykować przeciwników. Przeciwnicy mogą równie ostro krytykować premiera. Ale warto zauważyć, gdzie przesuwa się granica. Przeciwnik przestaje być człowiekiem, który błędnie ocenia rzeczywistość. Staje się „zdrajcą albo idiotą”. A kiedy jedna strona ustawia poprzeczkę w tym miejscu, druga odpowiada jeszcze mocniej. Polityczna karuzela przyspiesza.
Następny akt rozpoczął się 13 września przy Akademii Wymiaru Sprawiedliwości w Warszawie. To właśnie wydarzeń z tego dnia dotyczyło późniejsze zawiadomienie do prokuratury w sprawie zachowania Antoniego Macierewicza wobec funkcjonariuszy Policji. Według komunikatu Prokuratury Okręgowej w Warszawie poseł, powołując się na interwencję poselską, próbował wejść na teren Akademii. Prokuratura podała później, że przedmiotem postępowania stało się między innymi podejrzenie stosowania wobec funkcjonariuszy groźby wszczęcia postępowań karnych w celu skłonienia ich do umożliwienia wejścia. Jest to opis zarzutów badanych w śledztwie, a nie stwierdzenie winy posła.
Dwa dni później, 15 września, tamten konflikt przeniósł się na salę sejmową. Poseł PSL Krzysztof Paszyk ostro skrytykował zachowanie Macierewicza, mówiąc z mównicy o wydarzeniach sprzed dwóch dni. Macierewicz wszedł wówczas na mównicę bez udzielonego głosu. W oficjalnym stenogramie znalazła się reakcja marszałka: „Panie pośle, zwracam panu uwagę, że zakłóca pan obrady Sejmu”. Macierewicz mówił dalej. Marszałek wyłączył mikrofon, a poseł kontynuował wypowiedź przy wyłączonym nagłośnieniu.
Nie trzeba nawet dodawać komentarza. Poseł na mównicy bez głosu. Marszałek wyłączający mikrofon. Okrzyki z sali. Parlament, który przez kolejne minuty bardziej przypomina miejsce politycznego starcia niż organ ustawodawczy.
16 września miała rozpocząć się kadencja Macieja Berka jako sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Już 7 września Berek mówił publicznie, że będzie oczekiwał na rozwój wydarzeń związanych ze złożeniem ślubowania. Sprawa nie została jednak szybko zamknięta. Kancelaria Prezydenta wskazywała później na wątpliwości dotyczące dokumentów potwierdzających wymagane kwalifikacje i informowała o korespondencji z marszałkiem Sejmu. 18 września szef Kancelarii Prezydenta Zbigniew Bogucki mówił publicznie, że Pałac oczekuje wyjaśnienia tych kwestii.
I właśnie 18 września wydarzyła się kolejna scena idealnie pasująca do politycznego obrazu miesiąca. Sejm wybierał wicemarszałka. Kandydowali Marcin Horała i Marcin Ociepa. Horała otrzymał 254 głosy, Ociepa 167. Tuż przed ogłoszeniem wyników w stenogramie odnotowano głos z sali: „Chciałam zgłosić do protokołu, że się pomyliłam…”. Chwilę później Dorota Niedziela powiedziała: „Kurowska się pomyliła”. Maria Kurowska wyjaśniała następnie, że zamierzała poprzeć Marcina Ociepę, lecz zagłosowała na Marcina Horałę.
Nie chodzi o to, że posłowi nie wolno się pomylić. Wolno. Posłowie są ludźmi. Marszałkowie są ludźmi. Premierzy są ludźmi. Prezydenci są ludźmi. Problem pojawia się wtedy, gdy pomyłki, awantury, okrzyki, wyłączane mikrofony i wzajemne oskarżenia zaczynają tworzyć dominujący obraz instytucji, które powinny zajmować się stanowieniem prawa i rozwiązywaniem rzeczywistych problemów państwa.
21 września Maciej Berek skierował do prezydenta Karola Nawrockiego pismo, w którym zwrócił się o „niezwłoczne” wskazanie miejsca i terminu umożliwiającego mu złożenie ślubowania. Przypominał, że został wybrany przez Sejm 4 września, a jego kadencja miała już się rozpocząć. Tym samym historia zapoczątkowana głosowaniem z początku miesiąca weszła w kolejną fazę. Sejm wybrał sędziego. Podczas głosowania doszło do pomyłki jednego z najważniejszych polityków większości. Kandydat oczekiwał na ślubowanie. Pałac Prezydencki zgłaszał wątpliwości. Rozpoczęła się wymiana pism i publicznych stanowisk. Obywatel mógł jedynie obserwować kolejny spór o procedury i kompetencje konstytucyjnych organów państwa.
23 września wrócił natomiast wątek Antoniego Macierewicza. Prokuratura Okręgowa w Warszawie oficjalnie poinformowała o wszczęciu śledztwa dotyczącego wydarzeń z 13 września przy Akademii Wymiaru Sprawiedliwości. Postępowanie obejmuje podejrzenie przekroczenia uprawnień i zachowania wobec funkcjonariuszy Policji opisanego przez prokuraturę w komunikacie. Sam fakt wszczęcia śledztwa oczywiście nie oznacza winy – ma ono dopiero ustalić stan faktyczny i odpowiedzialność prawną.
Tak wyglądał wrzesień 2026 roku w skrócie. 4 września – „hau, hau” w Sejmie, wybór sędziego TK, pomylony głos i nieudana próba przełamania prezydenckiego weta. 7 września – „zdrajcy albo idioci” w języku premiera. 13 września – awantura przy Akademii Wymiaru Sprawiedliwości. 15 września – Macierewicz na sejmowej mównicy bez udzielonego głosu i wyłączony mikrofon. 18 września – kolejna pomyłka przy głosowaniu, tym razem przy wyborze wicemarszałka Sejmu. 21 września – Berek pisze do prezydenta w sprawie ślubowania. 23 września – prokuratura ogłasza wszczęcie śledztwa dotyczącego wydarzeń przy Akademii.
W ciągu niespełna trzech tygodni otrzymaliśmy więc cały katalog polskiej polityki: szczekanie, obelgi, pomylone głosy, wyłączony mikrofon, konflikt wokół sędziego Trybunału Konstytucyjnego, śledztwo dotyczące posła i spór parlamentu z prezydentem.
W tym samym czasie parlament decyduje o podatkach, bezpieczeństwie, energetyce, wymiarze sprawiedliwości, miliardach złotych publicznych pieniędzy i prawach milionów obywateli. I właśnie dlatego nie jest to tylko zabawne. Kabaret można wyłączyć pilotem. Państwa nie.
Polacy finansują Sejm, Senat, Kancelarię Prezydenta, ministerstwa, partie polityczne, administrację i cały aparat publiczny nie po to, aby otrzymywać niekończący się materiał do memów. Od lewej do prawej strony sali sejmowej obowiązuje dokładnie ta sama zasada: mandat poselski nie jest przepustką do przedszkola, urząd premiera nie jest kontem do internetowych połajanek, a konstytucyjne instytucje nie powinny działać jak uczestnicy programu, w którym najważniejsze jest to, kto mocniej odpowie przeciwnikowi.
Możemy się śmiać ze szczekania w Sejmie. Możemy żartować z pomylonych głosowań. Możemy oglądać kolejną awanturę przy mównicy. Tylko po wyłączeniu transmisji zostaje jedno bardzo poważne pytanie: kiedy politycy wszystkich stron przypomną sobie, że państwo nie jest ich studiem telewizyjnym, partią szachów ani ringiem do rozstrzygania osobistych i partyjnych porachunków?
Bo rachunek za to przedstawienie nie trafia do klubów parlamentarnych. Płaci go obywatel.

Rafał Krzyształowski

Autor publikacji

Redaktor naczelny czasopisma „Rzeczpospolita Przestępcza”.