W Polsce wystarczy jedno orzeczenie dotyczące wpływowego polityka, aby przedstawiciele najwyższych władz państwowych rozpoczęli kolejną publiczną wojnę o praworządność. Minister sprawiedliwości piętnuje sędziego, sędzia zapowiada pozwanie ministra, Krajowa Rada Sądownictwa powołuje specjalny zespół, a w tle pojawiają się oskarżenia o partyjne powiązania, polityczne nominacje i wzajemną ochronę dawnych funkcjonariuszy władzy. W centrum konfliktu znalazł się Marcin Romanowski, były wiceminister sprawiedliwości, podejrzany w śledztwie dotyczącym Funduszu Sprawiedliwości. Najbardziej niepokojące jest jednak coś innego: spór o konkretne przepisy i procesowe gwarancje niemal natychmiast zamieniono w personalną konfrontację, w której polityczny życiorys sędziego zaczyna odgrywać większą rolę niż merytoryczna analiza wydanego rozstrzygnięcia.
30 września 2026 r. sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie Konrad Mielcarek, rozpoznając sprawę pod sygnaturą XII 1Kp 2733/26, wydał nieprawomocne postanowienie o przyznaniu Marcinowi Romanowskiemu listu żelaznego. Jednocześnie uchylił zastosowane wobec niego tymczasowe aresztowanie, zastrzegając, że rozstrzygnięcie w tej części stanie się wykonalne dopiero po uprawomocnieniu postanowienia o wydaniu listu żelaznego. Podejrzany został zobowiązany między innymi do stawiania się na wezwania organów procesowych, nieoddalania się bez zezwolenia sądu z obranego miejsca pobytu oraz powstrzymywania się od bezprawnego utrudniania postępowania. Decyzja zapadła pomimo sprzeciwu prokuratora. Zamiast jednak ograniczyć konflikt do przewidzianych prawem procedur odwoławczych, sprawa błyskawicznie stała się przedmiotem politycznej konfrontacji.
Minister sprawiedliwości i prokurator generalny Waldemar Żurek zareagował natychmiast. Nie poprzestał na zapowiedzi zaskarżenia postanowienia, lecz publicznie zakwestionował również osobę sędziego. W opublikowanym 30 września wpisie określił Mielcarka mianem „neosędziego ze stajni Ziobry”, przypomniał okoliczności jego awansu i powiązania zawodowe z okresem poprzednich rządów, a następnie odwołał się do zasady „swoi chronią swoich”. Minister zasugerował tym samym, że decyzja korzystna dla Romanowskiego może wynikać z politycznej lojalności orzekającego. Było to znacznie więcej niż zakwestionowanie wykładni przepisu. Przedstawiciel władzy wykonawczej, stojący jednocześnie na czele prokuratury, publicznie podważył wiarygodność konkretnego sędziego w sprawie, w której prokuratura jest bezpośrednio zainteresowana wynikiem rozstrzygnięcia.
Minister sprawiedliwości ma pełne prawo krytykować orzeczenia sądowe. Nie otrzymał jednak wraz z urzędem przywileju zastępowania argumentów prawnych politycznymi etykietami. Jeżeli uznaje postanowienie za sprzeczne z ustawą, powinien wskazać konkretne naruszenia i doprowadzić do ich rozpoznania przez właściwy sąd odwoławczy. Jeżeli natomiast publicznie sugeruje, że sędzia działa w interesie dawnego obozu władzy, musi liczyć się z pytaniami o faktyczne podstawy takiego zarzutu. Sam przebieg kariery zawodowej, choć może podlegać krytycznej ocenie, nie przesądza jeszcze o motywach konkretnego rozstrzygnięcia. Szczególnie niebezpieczna staje się sytuacja, w której wypowiedzi szefa resortu sprawiedliwości mogą zostać odebrane jako sygnał, że wydanie orzeczenia niezgodnego z oczekiwaniami prokuratury grozi publicznym zakwestionowaniem zawodowej uczciwości sędziego.
Nie oznacza to jednak, że wokół nominacji Konrada Mielcarka nie istnieją poważne kontrowersje. Sędzia uzyskał awans do Sądu Okręgowego w Warszawie w 2021 r., przy udziale Krajowej Rady Sądownictwa ukształtowanej po zmianach ustawowych przeprowadzonych podczas rządów Prawa i Sprawiedliwości. Co więcej, wyrokiem z 27 czerwca 2024 r., sygn. II AKa 461/23, Sąd Apelacyjny w Warszawie uchylił wcześniejsze orzeczenie wydane z udziałem Mielcarka, wskazując na nienależytą obsadę sądu związaną z okolicznościami jego powołania. Nie jest to zatem wyłącznie polityczny zarzut ministra, ale problem znajdujący odzwierciedlenie w orzecznictwie. Równocześnie w innych sprawach wyrażano pogląd, że sama procedura nominacyjna nie przesądza automatycznie o wadliwości każdego orzeczenia wydanego przez tego sędziego. Tak poważnego sporu ustrojowego nie da się rozstrzygnąć jednym ministerialnym wpisem, a tym bardziej sprowadzić do prostego podziału na sędziów swoich i obcych.
Najbardziej wymowny pozostaje jednak prawny paradoks całej sprawy. Art. 281 § 2 Kodeksu postępowania karnego, dodany ustawą z 20 kwietnia 2021 r., przewiduje, że w postępowaniu przygotowawczym list żelazny może zostać wydany na wniosek prokuratora albo przy braku jego sprzeciwu. Regulację tę uchwalono podczas rządów PiS. Obecnie prokuratura kierowana przez ministra z przeciwnego obozu politycznego powołuje się na jej dosłowne brzmienie, wskazując, że sprzeciw prokuratora wyklucza możliwość wydania listu żelaznego. Tymczasem sędzia awansowany w okresie poprzednich rządów uznał, że sprzeciw nie może bezwzględnie wiązać sądu, ponieważ prowadziłoby to do ograniczenia jego samodzielności jurysdykcyjnej. Mielcarek powołał się przy tym na wcześniejsze orzeczenia sądów apelacyjnych w Warszawie, Gdańsku i Krakowie, odnotowując również stanowisko przeciwne, wyrażone przez Sąd Apelacyjny w Katowicach.
Oto osobliwy obraz politycznej wojny o polskie sądownictwo: przepis uchwalony przez obóz Zbigniewa Ziobry staje się argumentem prokuratury obecnego rządu, natomiast sędzia awansowany w czasach PiS odmawia uznania sprzeciwu prokuratora za rozstrzygający, powołując się na konstytucyjną niezależność sądu. Kiedy polityczne środowiska zaczynają oceniać prawidłowość stosowania prawa przede wszystkim przez pryzmat tego, kto odnosi korzyść z określonej interpretacji, trudno mówić o spokojnej debacie prawniczej. Nie znaczy to, że obie wykładnie są jednakowo przekonujące. Oznacza natomiast, że istnieje rzeczywisty spór prawny, którego rozstrzygnięcie wymaga analizy ustawy, konstytucyjnych gwarancji niezależności sądów i dotychczasowego orzecznictwa, a nie wzajemnego przypisywania sobie partyjnych motywów.
Równie poważne wątpliwości dotyczą osoby, której przyznano list żelazny. Marcin Romanowski pozostaje podejrzanym o popełnienie dziewiętnastu przestępstw, w tym czynów związanych z działalnością zorganizowanej grupy przestępczej oraz przekroczeniem uprawnień w związku z gospodarowaniem środkami Funduszu Sprawiedliwości. Zarzuty te wymagają udowodnienia w przewidzianym prawem postępowaniu, a podejrzanemu przysługuje domniemanie niewinności. Nie sposób jednak ignorować jego dotychczasowej postawy procesowej. Romanowski opuścił Polskę, przebywał na Węgrzech, a następnie znalazł się w nieustalonym miejscu. We wniosku o list żelazny zadeklarował pobyt w Naddniestrzu, którego prokuratura nie zdołała potwierdzić. Sam poinformował również o posiadaniu paszportu wystawionego na inną tożsamość. Te okoliczności nie są wymysłem komentatorów politycznych. Zostały opisane w dokumentacji sądowej i przedstawione w stanowisku Prokuratury Krajowej.
Powstaje zasadnicze pytanie: jak dalece sąd może zaufać deklaracjom przyszłego podporządkowania się obowiązkom procesowym osoby, której wcześniejsze zachowanie wskazywało na unikanie kontaktu z organami ścigania? Sędzia Mielcarek uznał, że list żelazny może stworzyć realną możliwość dobrowolnego powrotu podejrzanego i przeprowadzenia dalszego postępowania. Prokuratura wskazuje natomiast, że dotychczasowe zachowanie Romanowskiego nie daje wystarczających gwarancji przestrzegania warunków tej instytucji. Co więcej, zakwestionowała również prawidłowość ustalenia, że podejrzany rzeczywiście przebywa za granicą. To konkretne zagadnienia procesowe, wymagające jednoznacznej oceny przez sąd odwoławczy. Nie rozstrzygnie ich ani publiczne zapewnienie obrony, ani emocjonalna wypowiedź ministra.
6 października 2026 r. Prokuratura Krajowa skierowała zażalenie na postanowienie o wydaniu Romanowskiemu listu żelaznego. Zarzucono sądowi błąd w ustaleniach faktycznych oraz naruszenie przepisów postępowania, domagając się zmiany decyzji i odmowy wydania listu żelaznego, ewentualnie uchylenia postanowienia i przekazania sprawy do ponownego rozpoznania. 12 października poinformowano, że sprawa trafiła do sędzi Marii Turek, delegowanej do Sądu Apelacyjnego w Warszawie. Rozstrzygnięcie pozostaje nieprawomocne. Istnieje więc normalny mechanizm sądowej kontroli, który pozwala zweryfikować zarówno argumentację prawną, jak i ustalenia faktyczne. Tym trudniej zrozumieć, dlaczego publiczna konfrontacja na najwyższym szczeblu państwowym rozpoczęła się jeszcze przed zakończeniem tej procedury.
Konrad Mielcarek nie pozostał bierny wobec wypowiedzi Waldemara Żurka. W rozmowie z „Rzeczpospolitą” zapowiedział wystąpienie z powództwem o ochronę dóbr osobistych, uznając ministerialną krytykę za przekroczenie dopuszczalnych granic. Spór zaczął więc dotyczyć już nie tylko tego, czy Romanowski powinien otrzymać list żelazny, lecz również odpowiedzialności ministra za publiczne wypowiedzi o sędzim. W państwie deklarującym poszanowanie trójpodziału władzy jest to sytuacja wymagająca szczególnej uwagi. Minister nie powinien oczekiwać, że jego stanowisko będzie miało większą wartość niż argumentacja sądu. Sędzia nie może natomiast żądać wyłączenia własnych decyzji spod publicznej kontroli tylko dlatego, że wykonuje władzę sądowniczą. Obie instytucje podlegają prawu i żadna nie posiada monopolu na prawidłowe rozumienie konstytucji.
12 października do konfliktu oficjalnie włączyła się Krajowa Rada Sądownictwa. W odpowiedzi na wystąpienie sędziego Mielcarka przewodniczący Rady powołał zespół mający przygotować stanowisko dotyczące wypowiedzi ministra Żurka. W jego skład weszli sędziowie Aleksandra Wrzesińska-Nowacka i Jarosław Łuczaj oraz poseł Jarosław Urbaniak, należący do Klubu Parlamentarnego Koalicji Obywatelskiej. Nie oznacza to automatycznie braku bezstronności zespołu, jednak rodzi pytanie o przejrzystość jego pracy. W ocenie zachowania ministra zasiada bowiem parlamentarzysta ugrupowania współtworzącego rząd, w którym ten minister pełni jedną z najważniejszych funkcji. Jeżeli KRS rzeczywiście zamierza bronić niezawisłości sędziowskiej, powinna przedstawić opinii publicznej przekonujące argumenty prawne, a nie kolejny komunikat, który stanie się amunicją w wojnie pomiędzy politycznymi obozami.
Cała sprawa odsłania głębszy problem funkcjonowania polskiego wymiaru sprawiedliwości. Od lat politycy różnych ugrupowań przedstawiają własne koncepcje organizacji sądownictwa jako jedyną dopuszczalną drogę do przywrócenia praworządności. Spór o KRS, status sędziów, sposób ich powoływania oraz kompetencje ministra sprawiedliwości przenika kolejne postępowania. Tymczasem obywatel powinien otrzymywać od państwa gwarancję, że o jego sprawie rozstrzyga niezależny sąd, a nie instytucja oceniana przede wszystkim przez pryzmat partyjnych interesów. Jeśli sam minister sprawiedliwości publicznie sugeruje polityczną lojalność sędziego, musi liczyć się z tym, że podobne mechanizmy oceny mogą być wykorzystywane również przez jego następców. Powstaje wówczas niebezpieczny precedens: zamiast kwestionować orzeczenie w przewidzianym prawem trybie, wystarczy podważyć wiarygodność człowieka, który je wydał.
Nie oznacza to oczywiście, że sędziowie mogą zasłaniać się niezawisłością przed odpowiedzialnością za wadliwe orzeczenia. Nieprawidłowa obsada sądu, naruszenia procedury czy uzasadnione wątpliwości dotyczące bezstronności wymagają stanowczej reakcji. Tak samo należy traktować sytuacje, w których przedstawiciele władzy wykonawczej wywierają presję albo wykorzystują swoją pozycję do personalnego dyskredytowania osób orzekających. Problem pojawia się wtedy, gdy zamiast jednolitych standardów prawnych stosuje się wybiórcze kryteria zależne od politycznej pozycji uczestników konfliktu. Prawo przestaje wówczas pełnić funkcję niezależnego miernika odpowiedzialności, a zaczyna być postrzegane jako instrument walki o wpływy. Dla obywatela nie ma większego znaczenia, która partia aktualnie ogłasza się obrońcą konstytucji, jeżeli w praktyce kolejne instytucje państwa pogrążają się w sporach podważających zaufanie do wymiaru sprawiedliwości.
Najbardziej uderzająca pozostaje dysproporcja pomiędzy zainteresowaniem polityków sprawami osób publicznych a codziennością tysięcy uczestników postępowań sądowych. Zwykły obywatel często latami oczekuje na rozpoznanie swojego żądania, ponosi koszty, samodzielnie przygotowuje pisma i próbuje przebić się przez skomplikowane procedury. Nie dysponuje politycznym zapleczem, nie może liczyć na natychmiastowe reakcje najważniejszych przedstawicieli państwa i rzadko staje się bohaterem ogólnopolskiej debaty. Czy sprawa człowieka bez znanego nazwiska, partyjnych powiązań i wpływowego środowiska wywołałaby podobne zainteresowanie ministra sprawiedliwości, KRS oraz największych redakcji? To pytanie zasługuje na szczególną uwagę, ponieważ istotą praworządności nie jest wyłącznie rozstrzyganie politycznie głośnych konfliktów, lecz zapewnienie każdemu obywatelowi rzeczywistej, skutecznej i bezstronnej ochrony prawnej.
Niepokojące jest również to, jak łatwo publiczna debata sprowadza skomplikowane zagadnienia prawne do personalnych oskarżeń. List żelazny nie jest uniewinnieniem, a jego wydanie nie oznacza uznania zarzutów za bezpodstawne. Odmowa zastosowania tej instytucji nie przesądza z kolei o winie podejrzanego. Mimo to polityczny język sugeruje niekiedy, że określona decyzja procesowa jest równoznaczna z ochroną sprawcy przestępstwa albo udziałem w partyjnym układzie. Takie przedstawianie rzeczywistości zaciera fundamentalną różnicę między podejrzeniem, oskarżeniem i prawomocnym ustaleniem odpowiedzialności karnej. Państwo prawa nie może funkcjonować na zasadzie, że prokuratura ma zawsze rację, gdy ściga politycznego przeciwnika, a sąd zasługuje na uznanie tylko wtedy, gdy potwierdza oczekiwania aktualnej władzy.
Sprawa Romanowskiego stała się więc znacznie poważniejsza niż sam spór o dopuszczalność wydania listu żelaznego. Pokazała, jak niewiele potrzeba, aby przedstawiciele władzy wykonawczej i sądowniczej znaleźli się po przeciwnych stronach publicznej barykady. Wystarczy rozstrzygnięcie nieodpowiadające oczekiwaniom prokuratury, kilka politycznie nacechowanych wypowiedzi i reakcja instytucji powołanej do ochrony niezależności sądów. Zamiast rzeczowej debaty o granicach kompetencji poszczególnych organów opinia publiczna obserwuje spór o nominacje, lojalność i osobistą wiarygodność sędziego. Trudno o bardziej wymowny przykład tego, jak nierozwiązane konflikty ustrojowe przenikają do konkretnych postępowań.
Jeżeli postanowienie Konrada Mielcarka jest wadliwe, powinno zostać uchylone na podstawie prawa, a nie politycznego potępienia. Jeżeli wypowiedzi Waldemara Żurka naruszyły granice dopuszczalnej krytyki, również powinny zostać ocenione przez właściwe organy. Jeżeli Krajowa Rada Sądownictwa zamierza występować w obronie niezawisłości, musi wykazać, że jej stanowisko wynika z rzetelnej analizy, a nie środowiskowej czy politycznej solidarności. Nie istnieje żaden racjonalny powód, aby któregokolwiek z uczestników tego konfliktu zwalniać z obowiązku przedstawienia faktów i przekonujących argumentów. W przeciwnym razie hasła o niezależności sądów, przywracaniu praworządności i przestrzeganiu konstytucji będą coraz bardziej przypominały elementy politycznej retoryki, oderwane od rzeczywistych standardów funkcjonowania państwa.
Największym problemem polskiego wymiaru sprawiedliwości nie jest to, że sądy wydają rozstrzygnięcia niewygodne dla polityków. Problem zaczyna się wtedy, gdy przedstawiciele państwa uznają takie orzeczenia za okazję do publicznego rozliczania politycznej przeszłości sędziów, zamiast konsekwentnie korzystać z procedur przewidzianych przez ustawę. Nie mniejsze zagrożenie powstaje wtedy, gdy środowisko sędziowskie traktuje każdą krytykę jako niedopuszczalną ingerencję w niezawisłość. Obydwa mechanizmy prowadzą do tego samego skutku – osłabienia społecznego zaufania do sądownictwa.
NCI „Rzeczpospolita Przestępcza” będzie śledzić dalszy przebieg postępowania dotyczącego Marcina Romanowskiego, rozstrzygnięcie Sądu Apelacyjnego w Warszawie, stanowisko Krajowej Rady Sądownictwa oraz reakcje Ministerstwa Sprawiedliwości. Sprawa wymaga bowiem odpowiedzi na pytania wykraczające daleko poza los jednego byłego wiceministra. Kto i na jakiej podstawie ocenia niezależność sędziego? Gdzie kończy się uprawniona krytyka orzeczenia, a zaczyna polityczna presja? Czy przedstawiciele państwa są gotowi stosować identyczne standardy wobec własnych sprzymierzeńców i przeciwników? Dopóki odpowiedzi na te pytania będą zależały od bieżącego układu sił, dopóty każda deklaracja o odbudowie praworządności będzie wymagała konfrontacji z rzeczywistością.
Bo państwo prawa nie upada dopiero wtedy, gdy przestają działać sądy. Zaczyna tracić swoją wiarygodność już wówczas, gdy o wartości sądowego orzeczenia coraz częściej przesądza nie jego treść, lecz polityczna tożsamość człowieka, który je wydał.





