Niezależny portal śledczy
Rzeczpospolita Przestępcza

OD MASECZKI DO „NASZEJ WOJNY”. 106 MILIARDÓW POMOCY, „WGNIECIEMY PUTINA W ZIEMIĘ”, „BIJEMY MOSKALA” – KTO PŁACI RACHUNEK ZA WOJENNY JĘZYK WŁADZY?

Autor: Rafał Krzyształowski · 27 września, 2026 · Aktualizacja: 27 września, 2026

Jeszcze na początku 2022 roku Polakom wyznaczano zasady kwarantanny, testowania i zasłaniania twarzy. Potem przyszła wojna. Już rozporządzeniem z 24 lutego 2022 r. wprowadzono wyjątek, zgodnie z którym części obowiązków epidemicznych nie stosowano do osób przekraczających polsko-ukraińską granicę w związku z konfliktem zbrojnym. Nie oznacza to, że rosyjska inwazja sama „zlikwidowała COVID”, ponieważ proces luzowania restrykcji już trwał, ale polityczna i społeczna rzeczywistość zmieniła się błyskawicznie: pandemia zeszła na dalszy plan, a centrum zainteresowania państwa zajęły wojna, uchodźcy i pomoc Ukrainie.
Polska odpowiedziała pomocą na skalę, której wcześniej nie znała. Oficjalny raport „Polska pomoc Ukrainie 2022–2023” wskazuje około 106 miliardów złotych wydatków pomocowych rządu RP oraz około 20 miliardów złotych pomocy udzielonej przez polskie społeczeństwo. Ochroną prawną i finansową objęto około 1,73 mln uchodźców z Ukrainy. Nie są to liczby z anonimowych profili społecznościowych, lecz dane przedstawione w oficjalnym podsumowaniu państwa.
Wraz z miliardami zmieniał się język polskich władz. 29 marca 2022 r. ówczesny rzecznik MSZ Łukasz Jasina, mówiąc o polskiej propozycji misji pokojowej i odpowiadając na stanowisko Ukrainy, stwierdził, że Polska pozostaje do dyspozycji ukraińskich decyzji i próśb, używając przy tym głośnego sformułowania: „Jesteśmy tutaj sługami narodu ukraińskiego i jego próśb”. Kontekst dotyczył konkretnej propozycji misji, a nie generalnego podporządkowania polskiej polityki Ukrainie, ale słowa przedstawiciela polskiego MSZ pozostały w przestrzeni publicznej i zaczęły żyć własnym życiem.
13 czerwca 2022 r. prezydent Andrzej Duda, przemawiając podczas odprawy kierownictwa MON i Sił Zbrojnych RP, mówił o uzbrojeniu przekazanym Ukrainie i wskazywał, że ukraińscy żołnierze oraz ochotnicy „bronią Europy, a więc bronią także nas”. W ten sposób pomoc dla zaatakowanego państwa była przedstawiana już nie tylko jako solidarność z ofiarą agresji, lecz jako element bezpośredniego bezpieczeństwa Polski.
17 lutego 2024 r. ówczesny marszałek Sejmu Szymon Hołownia użył języka jeszcze mocniejszego. Podczas konwencji Trzeciej Drogi powiedział: „Putina wgnieciemy w ziemię”, dodając, że rosyjski przywódca prędzej czy później znajdzie się „za kratami albo na cmentarzu”. Jednocześnie argumentował, że Ukrainę należy wspierać, aby Rosja została zatrzymana na jej terytorium i żeby Polacy nie musieli z nią walczyć u siebie. Fakt pozostaje jednak faktem: podobne słowa wypowiadała wówczas druga osoba w państwie.
Były premier Leszek Miller ocenił wypowiedź Hołowni jako świadectwo „infantylnej niedojrzałości” i stwierdził, że jeżeli marszałek jest tak bojowy, może wstąpić do Legionu Międzynarodowego i pojechać na front. Była to opinia Millera, ale celnie odsłaniała problem, który będzie wracał w następnych latach: jak łatwo mówić o wojnie z pozycji mównicy i jak inaczej brzmi ten sam język dla człowieka, który w razie rzeczywistej eskalacji może otrzymać wezwanie mobilizacyjne.
29 września 2025 r. premier Donald Tusk podczas Warsaw Security Forum powiedział: „To jest nasza wojna”. Nie oznaczało to formalnej deklaracji udziału Polski w wojnie. Premier przedstawiał rosyjską agresję jako część szerszego zagrożenia dla bezpieczeństwa Zachodu i mówił o konieczności wiary w możliwość zwycięstwa Ukrainy. Mimo tego polityczna granica języka została przesunięta po raz kolejny: od pomagania Ukrainie i twierdzenia, że jej żołnierze bronią także Polski, do określenia wojny jako „naszej wspólnej wojny”.
6 sierpnia 2026 r. prezydent Karol Nawrocki posłużył się inną argumentacją, lecz równie ostrym językiem. Na oficjalnej stronie Prezydenta RP opublikowano wystąpienie, w którym mówił o polskim interesie polegającym na utrzymywaniu rosyjskich wojsk jak najdalej od Polski. Padły wówczas słowa: „Niech mordują Sowietów, którzy ich napadli” oraz „tam, gdzie się bije Moskala, tam Polska pomaga”. Nawrocki równocześnie zaznaczył, że Polska nie uczestniczy bezpośrednio w wojnie i podkreślał, że pomoc Ukrainie nie może oznaczać rezygnacji z polskich interesów.
Nie da się więc uczciwie sprowadzić tej retoryki do jednej partii lub jednego obozu politycznego. W różnych latach i z ust różnych przedstawicieli władz padały słowa: „bronią także nas”, „wgnieciemy Putina w ziemię”, „to jest nasza wojna”, „bije się Moskala”. Każde z nich miało własny kontekst i uzasadnienie strategiczne. Zestawione obok siebie pokazują jednak wyraźną zmianę języka polskiej polityki wobec wojny. W pierwotnym materiale problem został ujęty jeszcze prościej: kto naprawdę kryje się pod politycznym słowem „my”, gdy konsekwencje decyzji mogą ostatecznie spaść na zupełnie innych ludzi?
Bo dla polityka wojna może być elementem przemówienia, strategii albo telewizyjnej debaty. Dla obywatela oznacza coś znacznie bardziej konkretnego: podatki, wydatki budżetowe, zagrożenie gospodarcze, mobilizację, ryzyko utraty zdrowia, a w najgorszym wariancie życia. Łatwo powiedzieć „wgnieciemy”. Znacznie trudniej odpowiedzieć, kto dokładnie ma wgniatać. Łatwo mówić „nasza wojna”, dopóki nie trzeba zdefiniować, co słowo „nasza” ma oznaczać dla zwykłego człowieka.
Do tego obrazu doszedł coraz poważniejszy spór historyczny. W maju 2026 r. jednej z ukraińskich formacji wojskowych nadano honorową nazwę odwołującą się do „Bohaterów UPA”. Polski MSZ oficjalnie wyraził oburzenie tą decyzją, a Kolegium IPN 7 lipca 2026 r. określiło ją jako zniewagę pamięci ofiar zamordowanych przez UPA i całego narodu polskiego. Polska mogła wspierać Ukrainę przeciw rosyjskiej agresji, ale nie oznaczało to obowiązku milczenia w sprawach dotyczących własnej historii i pamięci ofiar.
W tle pozostała również korupcja. Ukraińskie Narodowe Biuro Antykorupcyjne i Specjalna Prokuratura Antykorupcyjna informują o rozwijanej sprawie „Midas” dotyczącej sektora energetycznego. Według ustaleń śledczych organizacja przestępcza miała w czasie urzędowania byłego ministra energii otrzymać ponad 112 mln dolarów w gotówce pochodzących z nielegalnej działalności w tym sektorze. Postępowanie nadal trwa, a więc nie jest to prawomocne rozstrzygnięcie o winie konkretnych osób. Jest to jednak wystarczający powód, aby przy pomocy liczonej w dziesiątkach miliardów złotych domagać się drobiazgowej kontroli przepływu publicznych pieniędzy.
Zmieniły się również nastroje społeczne. W komunikacie CBOS z 17 lipca 2026 r. po raz pierwszy w historii tych pomiarów przeciwnicy przyjmowania uchodźców z Ukrainy uzyskali przewagę nad zwolennikami: 52 proc. wobec 42 proc. Jednocześnie 54 proc. badanych uznało pomoc udzielaną ukraińskim uchodźcom przez Polskę za zbyt dużą, a 40 proc. uważało ją za odpowiednią. Samo badanie nie dowodzi jednej przyczyny tej zmiany, ale pokazuje jednoznacznie, że społeczne nastawienie w 2026 r. jest inne niż w pierwszych miesiącach rosyjskiej inwazji.
I właśnie tutaj wszystkie elementy układają się w jeden obraz. Najpierw pandemiczne ograniczenia i nagły kryzys wojenny. Potem otwarcie granicy, specjalne rozwiązania prawne, ogromna solidarność zwykłych Polaków i dziesiątki miliardów wydatkowane przez państwo. Następnie coraz ostrzejszy język: „słudzy narodu ukraińskiego”, „bronią także nas”, „wgnieciemy Putina”, „nasza wojna”, „bicie Moskala”. Do tego konflikt wokół UPA, śledztwa korupcyjne oraz mierzalna zmiana opinii społecznej. W materiale wyjściowym właśnie zestawienie tych pozornie oddzielnych zdarzeń prowadziło do pytania o granice pomocy, odpowiedzialności i politycznego języka.
Nie trzeba przy tym fałszować faktów ani wybierać wygodnych półprawd. Rosja rozpoczęła pełnoskalową agresję przeciw Ukrainie. Ukraina ma prawo się bronić. Polska ma prawo uznawać wynik tej wojny za istotny dla własnego bezpieczeństwa i wspierać zaatakowanego sąsiada. Z żadnego z tych faktów nie wynika jednak obowiązek milczenia o kosztach, korupcji, polityce historycznej Ukrainy ani języku własnych władz. Pytanie o wydatkowane miliardy nie jest automatycznie „prorosyjskie”. Pytanie o UPA nie neguje rosyjskiej agresji. Pytanie o granice zaangażowania nie oznacza żądania kapitulacji Ukrainy. Państwo, które wydaje pieniądze obywateli i podejmuje decyzje wpływające na ich bezpieczeństwo, musi być przygotowane na niewygodne pytania.
Najwygodniejszym słowem całej tej politycznej opowieści pozostaje „my”. My pomagamy. My zwyciężymy. My wgnieciemy. To nasza wojna. My będziemy gotowi. Tylko że za każdym takim „my” powinno natychmiast paść pytanie: kto podejmuje decyzję, kto płaci rachunek i kto poniesie konsekwencje?
Wojna jest zbyt poważną sprawą, żeby sprowadzać ją do języka wieców, telewizyjnych studiów i efektownych deklaracji. Dlatego zasada powinna być prosta: nie mów „my będziemy walczyć”, dopóki nie potrafisz jasno powiedzieć obywatelom, kogo naprawdę obejmuje to „my”.

Rafał Krzyształowski

Autor publikacji

Redaktor naczelny czasopisma „Rzeczpospolita Przestępcza”.